– Przed nami 25. Igrzyska Olimpijskie, tym razem we Włoszech w Mediolanie i Cortina d’Ampezzo. Związana jesteś ze światem sportu i międzynarodowej rywalizacji od wielu lat. Urodziłaś się w Warszawie, skąd wziął się pomysł, aby swoje sportowe pasje związać z łyżwiarstwem?
– Od dziecka mieszkałam w okolicach Warszawy. Najpierw pierwsze kroki na łyżwach stawiałam na zamarzniętych gliniankach w Zielonce, pod czujnym okiem mojego dziadka. Później chodziłam do szkoły podstawowej w Milanówku i to właśnie tam, na lodowisku przy szkole, zauważył mnie nauczyciel W-F, Krzysztof Filipiak. Powiedział, że świetnie mi idzie i zaproponował wyjazd na trening na warszawskie Stegny. Wtedy po raz pierwszy spróbowałam jazdy na panczenach, bo do rej pory jeździłam wyłącznie na łyżwach figurowych. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Początki były naprawdę trudne ze względu na fakt, iż płoza jest dużo dłuższa i cieńsza.
– Dla nas, ludzi związanych z Akademickim Związkiem Sportowym, twój wybór był pełen uznania. W latach 2000-2005 uczysz się w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem i jesteś członkinią Klubu AZS Zakopane, jednostki w strukturach AZS, która od kilkudziesięciu lat tworzyła wymiar sportu akademickiego w zimowych dyscyplinach. Jak wspominasz ten okres w swoim sportowym życiu i jaki to miało wpływ na rozwój kariery?
– Wyjazd z rodzinnego miasta do szkoły, do Zakopanego był dla mnie krokiem milowym. Szkoła sportowa dała mi świetne warunki do uprawiania łyżwiarstwa. Naturalną koleją rzeczy było rozpoczęcie studiów na krakowskiej AWF i zmiana barw klubowych. Wtedy już potrzebowałam dobrej grupy do treningu, a także chciałam kontynuować współpracę z trenerem, z którym współpracowałam jako uczennica SMS Zakopane, Markiem Pandyrą. AZS pomógł mi kontynuować trening w dość trudnym dla mnie momencie kariery. Po skończonej szkole sportowej nie byłam jeszcze w kadrze narodowej seniorów i to właśnie AZS zapełnił mi te lukę i sprawił, że już po jednym sezonie wywalczyłam sobie miejsce w kadrze narodowej.
– Przyszedł czas na dalszą edukację. W latach 2005-2011 podejmujesz studia na AWF-ie w Krakowie, uczelni bardzo współpracującej we wspieraniu sportu akademickiego. Przychodzi rok 2009 i Zimowa Uniwersjada w Harbinie (Chiny), tam mamy okazję być razem. Reprezentujący Polskę łyżwiarze zdobywają kilka medali – złoty drużyna męska, dwa srebrne Konrada Niedźwiedzkiego, a trzy brązowe to twoje osiągnięcia na 3000 m, 5000 m i w drużynie. Co zostało ci w pamięci z tej rywalizacji?
– Ta Uniwersjada była dla mnie bardzo ważnym wydarzeniem. To była pierwsza multidyscyplinarna impreza sportowa, w której brałam udział. To był rok 2009, sezon przed Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi w Vancouver. Zdobyte medale dodały mi pewności siebie, pokazały, że jestem w stanie wygrywać z zawodniczkami z całego świata. Dzięki tej Uniwersjadzie weszłam w kolejny sezon, sezon olimpijski z ogromną motywacją. Bardzo mnie to napędziło do pracy i walki o olimpijską kwalifikację.
– Pasje i sukcesy sportowe doją ci kolejna wielką szansę, bierzesz udział w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver 2010. Drużyna w składzie: Katarzyna Bachleda-Curuś, Katarzyna Woźniak i ty, po wygraniu w eliminacjach z Rosjankami, trafiacie do finałowej czwórki. W walce o finał przegrywacie z Japonkami, zaledwie o 19 setnych sekundy. W rywalizacji o brązowy medal pokonujecie Amerykanki. Stajecie po raz pierwszy po 50. latach jako łyżwiarki, na podium olimpijskim. Jakie refleksje z tego występu pozostały w twojej pamięci?
– To był niesamowity czas, z jednej strony bardzo słabe starty indywidualne, z drugiej trzy fantastyczne wyścigi drużynowe. Pamiętam jak trenerka, Ewa Białkowska, po nieudanych startach indywidualnych powiedziała, że aby wrócić do kraju „z tarczą” musimy wygrać choć jeden wyścig. Zastosowała też zmianę taktyki, zmieniła kolejność nas jadących w drużynie. Jak widać to rozwiązanie było kluczowe dla zdobycia medalu olimpijskiego.
– Cztery lata później, na Igrzyskach w Soczi w 2014 roku, stajecie na drugim miejscu, na podium w rywalizacji drużynowej. Jak zapamiętałaś tą rywalizację? W finale przegrałyście z Holenderkami.
– Startowałyśmy z innego poziomu, wszystko poniżej medalu olimpijskiego byłoby i dla nas, i dla kibiców, zawodem. Bieg z Rosjankami w półfinale, był najtrudniejszym w moim życiu. Na trybunach przeważająca większość to byli kibice z Rosji, presja była ogromna. Ale szczęśliwie wygrałyśmy. W finale najistotniejsze było to, abyśmy tym razem dostały medale we cztery, musiałyśmy dokonać zmiany tak, abyśmy stanęły razem na olimpijskim podium.
– W 2020 roku zakończyłaś karierę sportową, ale twoje pasje wspierania sportu cały czas są na wysokim poziomie. Jak aktualnie ten twój sportowy świat wygląda?
– Od zakończenia kariery pracuję w Polskim Komitecie Olimpijskim. Wciąż obracam się blisko sportu wyczynowego, ale też sama staram się utrzymywać moją aktywność fizyczną, w miarę możliwości, na wysokim poziomie. Teraz jest to szczególnie utrudnione, ponieważ od kilku tygodni jestem mamą i szczytem mojej aktywności są na razie spacery z wózkiem.
– Przed nami igrzyska we Włoszech. Jak widzisz szanse polskich sportowców w tej światowej rywalizacji w tym roku? Czy łyżwiarze mają nadal szanse w tej rywalizacji?
– Kadra Polski łyżwiarzy, to najwięksi faworyci wśród polskiej reprezentacji do medali. Trójka z nich: Żurek, Ziomek-Nogal i Semirunji, mają medale w zasięgu ręki, ale wiadomo, że droga do nich wciąż długa, a igrzyska to czas magiczny i liczy się dyspozycja dnia i szczęście.
Dziękuję za rozmowę.
Złotkowska Luiza, trzykrotna olimpijka (Vancouver 2010, Soczi 2014, Pjongczang 2018). Dwukrotna medalistka Igrzysk Olimpijskich: srebrny medal Soczi 2014 i brązowy medal Vancouver 2010 w biegu drużynowym. Dwukrotna medalistka mistrzostw świata w drużynie: brązowy medal (2012) i srebrny medal (2013).




